Wpisy
Kryzys...najchętniej rzucałabym łaciną po ścianach !@#$%$#@ !!!!!
Żeby przestało boleć, żeby w końcu skończyły się te katorgii bólowe, chociaż na najbliższe 60 lat, później może lekko pobolewać, z podkreśleniem na lekko.
Stawy od jakiegoś czasu mam podwójne, a nawet i potrójne. W nocy łzy mi same lecą z bólu, rano muszę minimum godzinę leżeć po przebudzeniu, bo nie potrafię się poruszyć. W ciągu dnia problemy z poruszaniem, niekiedy mam ruchy jak niezdara i ten ciągły ból, niewyobrażalny ból...
Miałam nadzieję, że crohn przystopował. Nawet po paru latach zaczęłam korzystać z toalety jak człowiek. Koniec tras łazienkowskich, koniec nawykowej lokalizacji nabliższej toalety, koniec sraczki po 10, 20, 30 i więcej razy dziennie. Oczywiście codziennie nie mogło być pięknie ale było do wytrzymania. Skończyły się też codziennie stany podgorączkowe i wysokie skoki temperatury, nudności po każdym posiłku itd. Ogólnie można by rzec nastąpiła upragniona remisja, oczywiście z konsekwencjami po długotrwałym przyjmowaniu leków-neuropatia obwodowa, zapalenie żałądka, grzybice, niewspółpracujące nerki etcetera etcetera itd. Okazało się, że w ostatnim czasie bóle brzucha, wzrost temperatury i sraczkę wywołują u mnie rzeczy mączne, mleko i siakieś tam inne pierdoły typu np. szpinak, więc jak nie żarłam tych specyfików było ok. Własnie było, cholera jasna było....
W ostatnich dniach stawy nie dawały mi kompletnie żyć. Lekarze wzieli mnie w obroty, wysłali do nefrologa, bo póki crohnisko siedzi cicho, trzeba w końcu wyjaśnić dlaczego moje nerki bez antybiotyku żyć nie potrafią i mam nawracające zapalenia tego narządu. Nie podobało mi się to, tzn. że muszę oglądać szpital i znowu wykonać tysiące badań. Lekarzy mam super ale jednak mimo wszystko wolałabym ich w rynku spotkać, pomachać i mówić, że jest ok, nawet nie ok ale super zajebiście i tak się właśnie czuć ;)
A tu masz Ci babo placek, choć raczej powiedzieć powinnam czekoladki i banana. Słodycze od czasu do czasu jem, czasem po nich brzuch zaboli, czasem się zgaga odezwie, czasem zemdli, czasem co tu dużo ukrywać-po prostu człowiek ma sraczkę. Do pracy przynieśli nam ferrero rocher-uwielbiam więc zjadłam sztuk 6. Coś mnie siakoś tako podejrzanie mdlić zaczęło, myślę więcej jednak nie wciągam, przeszło. Pod koniec dnia pracy, kolega podzielił się ze mną bananem (hmm nieźle zabrzmiało, choć chodzi o owoc). jakkolwiek to brzmi dalej: delektowałam się owocem, kumpel sobie poszedł do domu i tak po 15 minutach od konsumpcji nagle dreszcze, ból brzucha taki, że jacieżpierdziele, zaczęłam się zwijać dochodząc do wniosku, że do domu w tym stanie bólowym nie dotre. Z dwie godziny walczyłam z samą sobą i szybko narastającą gorączką, zarzekając się że do końca życia (a jeszcze conajmniej 80 lat życia przede mną, taaa umrę powyżej setki a co !) banana nie tknę. Raz mnie przeleciało, po czym ból trochę ustał, temperatura jakby zaczęła też po mału spadać-w końcu jej usilnie kazalam się podporządkować, bo szef miał jeszcze wpaść wieczorem do biura, a ja tu kilka dni temu chwaliłam się, że wyniki mam jak młody bóg (bo niecały tydzień temu właśnie wyniki krwi takie miałam, nawet mocz jak na mnie też nie był najgorszy). Wróciłam do stanu, który powiedzmy mogł być odebrany jako "silne zmęczenie dniem" i szefu mnie podrzucił do domu. Doszłam do wniosku, że żryć już nie będę bo coś jednak nie ten teges ze mną-jeszcze ból rozumiem ale skąd cholera ta gorączka?????
Głód mi jednak doskwierał, nutridrina nie miałam, fanką kleiku nie jestem więc postanowiłam zjeść dwie kromki wasy żytniej. Może niecałe 10 minut po tej skromnej konsumpcji leżałam w łóżku w ubraniu pod pierzyną z gigantycznymi dreszczami. Tak od około godziny 20 do 23 zdychałam z bólu brzucha i dreszczy, kiedy to temperatura łaskawie zaczęła utrzymywać się na stałym poziomie 39,4 stopni Celsjusza...po prostu zajebiście... noszeszkurwajegomaćzajebiściejakcholera.... byłam w stanie jedynie wynużyć nos spod pierzyny, sięgnąć po piżamę i ledwo co ruszając się z bólu, jakoś odziać się w nią. Nienawidzę nienawidzę nienawidzę braku higieny ale moja próba dojścia pod prysznic skończyła się pod tytułem "łoszeszkuwajapiedole jak napiedala, dobsze sze sie codziennie rano kompie" i tą noc postanowiłam jednak spędzić pod hasłem "chopa ni ma, seksu nie będzie myć się nie trzeba".
Następnego ranka, co prawda czując się jakby mi ktoś flaki wyciągnął, poskręcał, pougniatał i trzy razy po nich tramwajem przejechał (zaznaczam zero sraczki i ładnie określę torsji), doprowadziłam się do stanu użyteczności publicznej. Wykompana, pomalowana i rozprostowana w częsci włosy, tak coś poczułam że mnie tu poty zlewają i tak jakby znowu gorączka była, heee???? Paracetamol zapodałam, na wszelki wypadek na śniadanie wypiłam tylko siemie lniane i wymyśliłam, że dzień głodówki mi dobrze zrobi i napewno za chwilę będę tryskać energią. Tak z ciekawości postanowiłam jednak przed wyjściem zmierzyć gorączkę-38,2...nawet miałam moment, że stwierdziłam nie idę do pracy bo to powyżej stanu podgorączkowego, ale spojrzałam w lustro i stwierdziłam szkoda makijażu, żeby z powrotem się kłaśc do wyra, a poza tym mam mnóstwo ważnych rzeczy do zrobienia i nie mogę ich dzisiaj zawalić-jadę, jakoś dojadę....
Ała...nie dwa przystanki wcześniej i spacer do biura mimo słońca, tylko na docelowym przystanku wysiadłam, tempem żółwim z przerwą po drodze (normalnie trzy minuty trasa przystanek biuro), do drzwi progów dotarłam i po ich przekroczeniu przez jednego obecnego kolegę zostałam zapytana z przejęciem: co się stało????
Refleks złapałam i myślę czego jeść nie mogę, żeby się nie dzielił, bo głupio tak powiedzieć, że to po bananie w biurze katastrofa nastapiła, a z bananów jakoś się kiedyś wykręcę. Myślę, mówię:kiwi, kiwi zjadłam w domu, a dawno nie jadłam (banana przeszlo rok czasu nie konsumowałam i w sumie nigdy go najlepiej nie tolerowałam) i nie najlepiej je kiedyś tolerowałam i organizm mój jakby dostal po tym wstrząsu. Kumpel przerażony, nie dało się ukryć że zbytnio się na nogach nie trzymam, lecz zęby zagryzam dalej, lapsa włączam i próbuje się wziąć do pracy, bo za dwie godziny spotkanie, mówiąć że zaraz mi przejdzie i jest ok. Przeszło, a raczej przeszła głupota po 20 minutach, jak kolejnych dreszczy dostałam, siedziałam zgieta w pół, a o patrzeniu w komputer nawet dla ściemy nie było mowy. Jak "przeszła" to wziełam fona i myślę dzwonię do dochtór, bo trza pewnie mesalazynę zwiększać i może coś dołożyć w stylu imuran, który odstawiłam w styczniu z powodu żygania. Do immunosupresji nie uśmiecha mi się wracać, bo trochę komplikacji przy niej miałam, nie licząć zakażen opurnistycznych. No ale myślę dobra, dzwoń laska póki czas i salofalkiem może da się crohnisko uspokoić, bo jak mnie w ciepły dzień przy grzejniku w kurtce trzęsie to chyba jednak drani siła sugestii i placebo nie uspokoji.
Poczłapałam więc na korytarz, bo wyznaję zasadę lekarzowi się mówi prawdę-jak banan, a właściwie jego pół, to nie kiwi. Zresztą jak piwo mi kiedyś krzywdę zrobiło w sensie zaostrzenia dziadów, to nie herbata albo nie mam pojęcia co, jak to lubią pacjenci wkręcać. Lekarz też człowiek i umorlaniacza, ani kazania za obżarstwo nie usłyszałam, co najwyżej śmiechy ale to takie z sympatii, jaki to dobry był makowiec w święta ;p Jak po fajce, w ramiona portiera prosto zemdlałam, a już ten najgorszy smród przeszedł, bo zdażyłam swoje odsiedzieć, zanim doszłam do wniosku, że jednak na górę o własnych siłach nie doczłapię i jest mi tak slabo, że muszę wzywać pomocy, bo jedynie ekran mi snieży przed oczami, to jak mnie na górze sztab lekarek i pielęgniarek z przerażeniem docucał, to tyż krzyczałam, że bez paniki to moja wina i to od papierocha. Kazania nie dostałam, tylko się obśmiali, że mi kiedyś nikotynizm wpiszą w kartę za te moje podpalanie. Faktycznie do końca pobytu samej mi tak głupio było, że nie chodziłam palić i jeszcze po wyściu ze szpitala nie paliłam, do czasu oczywiście...
Opisałam doktórce co i jak ze mną, a ona mi że panuje teraz grypa żałądkowa i narazie dużo wody pić i paracetamol na gorączkę. To powtarzam, że sraczki nie mam i nie żygam i się na nic takiego nie zanosi. Jak się przez kilka lat sraczkę miało, to jak ona nie występuje od kilku tygodni, to jeszcze do świadomości lekarskiej nie dotarło. Notabene zawsze cała dyżurka żyje moją ilością wypróżnień ale chorując na crohna trzeba nauczyć się z wizyt w toalecie śmiać, bo nie ma na nie lekarstwa i nawet jestem już na etapie śmiania się z tego podczas rozmów z przystojnymi dochtorami ;) Szanowna doktor powiedziała, to musimy odczekać, jak rozesra to znaczy że to ta cała panująca grypa, jak nie to mamy zaostrzenie. Poinformowałam szefa i współpracownika, że to infekcja i mają nie korzystać na wszelki wypadek ze wspólnego sracza, po czym udałam się na spoczynek do domu. Generalnie nie rozesrało, z gorączką już trochę lepiej, z bólu mnie zwija, do tego stawy wręcz napiedalają, czyli żyć nie umierać oficjalnie przez lekarza potwierdzone zaostrzenie.
Na sterydy reaguje katastrofalnie, więc podanie ich w moim przypadku to ostateczność. Narazie zwiększona mesa, dołożony xifaxan i tradycyjnie inne stałe tabsy. Wyjście z apteki podsumowałam:goło i wesoło łoszeszkuwajapiedole święta za moment...
Konsekwencje posiadania dzieci ze mną:
Młoda: kupię dziś za własne pieniądze prezent dla koleżanki na urodziny
ja: nie musisz, ojciec zapłaci
młoda: tata ma mniej pieniędzy niż ja
ja: stary słyszałeś deklarację młodej????młoda powtórz ojcu
młoda: ja dziś płacę za prezent:) albo nie! jednak nie płacę
0_0 O_O no co?nie patrzcie tak na mnie kobieta zmienną jest :):):)
p.s. pierworodna własne fundusze pozyskuje od dziadków, gdy starzy nie są tego świadomi, a wygląda to mniej więcej np tak:
-pomożesz babci wymieszać sałatkę?
młoda: no dobra, jak mi zapłacisz za to trzy złote! no co przecież skoro mnie pytasz to znaczy, że sama nie możesz i musisz to komuś zlecić, a za to trzeba zapłacić ;D
Ciąg dalszy rodzinnej atmosfery:
młoda: tata siedzi dziś w łazience i siedzi, goli się, paznokcie obcina....dawno się tyle nie mył
ja: może na randkę idzie
młoda: tata może chodzić na randki, to jego sprawa! ale i tak go żadna dziewczyna nie zechce, bo zapomniał jak to się robi i się na tym nie zna :)
ja widząc minę starego i słysząc jego pomruk pos nosem "żeby się jeszcze nie zdziwiła": matkę jakoś urobił, więc się zna :)
młoda: to było dawno temu, teraz ojciec nie jest na czasie :)
Pół dnia płaczu, bezsilności, deprechy...bo jak gorzej być nie może to się okazuje, że może. Połamalo mnie-w sensie rozłożyło wczoraj zupelnie zapalenie stawów. NLPZ musiały do łask wrócić, czego mój żałądek nie wytrzymuje. Bóle stawów są nieziemskie, czasem tak nie do wytrzymania, że człowiekowi same łzy zaczynają lecieć. Paraliż, zupełna utrata ruchomości i do tego gigamegazgaga i zapalenie żałądka.
Wiedziałam, że coś się święci tylko ja zawsze czasu nie mam i dopóki da radę to chodzę ze wszystkimi możliwymi dolegliwościami aż zrobi się ERROR! INVALID SYSTEM :( a jak padają stawy to od nich nerki, serce i wzrok. Takie miłe zapalenia reaktywne, bo crohn odreagować musi po całości. Menda wstrętna!!!
Dlaczego, dlaczego, dlaczego systematyczność nie jest moją cechą charakteru, no dlaczego cholera dlaczego?????????
Mam nóż na gardle w pracy, życiu prywatnym i w życiu określę to "publicznym". Niestety efekt ciągniecia kilku srok za ogon jednorazowo, co dało efekt, że wszytsko jest zaczęte, rozgrzebane,nic nie jest dokończone a ja jestem w czarnej dupie..... Się ogarniam, ograniam się i ogarniam i nowe problemy spadają, ale ok póki crohn siedzi w miarę cicho i spokojnie, póki ręce i nogi sprawne jakoś to ogarnę, boszeee zwariuję! Nerwicy się nabawię z tego wszystkiego....
Bez przyjaciół bym zwariowała, siadła i płakała w tym momencie....
Na przeszło cztery lata choroby, dwa i pół leżałam w szpitalu, a giga mega zaostrzenie trwało przeszło 3 lata. Teraz dociera do mnie, że jestem chwiłę mała przed 30, a kilka najwazniejszych lat w moim życiu po prostu nie było. Był szpital i związne ręce, walka o życie...ehhh koniec tego użalania się. Żyję i to jest najwazniejsze, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem szczęśliwa, bo wygrałam-wygrałam bezcennych ludzi obok, wygrałam życie:) a teraz muszę to jakoś wszystko ogarnąć, stawić czoła dawnym problemom, rozwiązać obecne. Pamietam dwa momenty w moim życiu-jak lekarze dawali mi max. pół roku życia i ja powiedzialam, że będę tym jednym przypadkiem na milion, gdzie to się okaże nieprawdą- minęły cztery lata od tamtej chwili:) Drugi moment to bycie już po drugiej stronie, gdzie nie umiałam już oddychać samodzielnie, gdzie byłam jak roslina, choć umysł chwilami odzyskiwał przytomność, pamiętna noc, gdzie miałam 1% szansy na życie....ten stan gdzie było tak dobrze, tak beztrosko, gdzie nie było problemów i moje STOP mimo wszystko....czerwone różyczki przy łóżku, krzyk przyjaciół, że jestem im potrzebna-ja cięzko chora, nie mająca nic, zdana na innych po prostu komuś potrzebna. Pamiętam tą chwilę, czuję ją do dziś-powiedziałam sobie tak mocno w głębi to jeszcze nie mój czas, wygram ta walkę, podejmuję ją, nie zabierzesz mnie, nie teraz, wyjdę z tego cholernego szpitala dumnie w szpilkach...Miesiąc później opuszczałam szpital w sukience i szpilkach:)
To teraz się ogarniam, nie mogę przegrać, dostałam życie po raz drugi i mimo czarnej dupy w jakiej się chwilowo znalazłam (nie przeczę, że po części z winy własnej), zamierzam zawalczyć. Mam nadzieję, że za miesiąc napiszę, że jest ok, że się udało...;)
P.S. Mimo, że crohn podobno nie zabija, jego powikłania niestety potrafią. Pamięci tych, którzy odeszli przez tą chorobę, a także jednej młodej kobiecie-matce dwójki małych dzieci, którą zabrał nowotwór, zabrał przy mnie, zabrał tego dnia co wychodziłam ze szpitala i z którą spędziłam jedną z moich licznych hospitalizacji, najsmutniejszą ze wszystkich patrząc na to jak cały mój pobyt, ktoś kogo polubiłam po prostu umiera....
A życie toczy się dalej....
Niedziela dzień rodzinny, świętować go należy i jak na polską familię przystało, spędzić go w centrum handlowym;) Udałam się więc z moim mężem (czytaj moją przyjaciółką-tak ją nazywam i gwoli wyjaśnienia przez nią nazywana jestem żoną) do niedzielnej świątyni pod wezwaniem Ikea. Zwolennikiem niedzielnych zakupów z racji tłumów nie jestem ale raz na czas z braku czasu w tygodniu, niestety się to zdarzy. Jako idealnie dopasowane małżeństwo bez żadnych spięć elegancko się wyszykowałyśmy, mąż naprawił mój krzywoprzykręcony kontakt, który mnie swoją nieharmonijną do całości pokoju formą drażnił. Podczas naprawy kontaktu ja zajęłam się jako dobra żona przygotowaniem posiłku, zjadłyśmy przy wspólnym stole zdrowe śniadanie o godzinie 13, po czym w ramach zrobienia listy zakupów przejrzałyśmy stronę ikea i ruszyłyśmy z szoferem publicznym-autobusem miejskim na podbój sklepu. W trakcie drogi skomentowałyśmy z gazetki najbliższe promocje carrefoura, dochodząc do wniosku, że po niektóre produkty warto by było z emerytami rano się udać i zakupić w większej ilości;) Jeszcze w międzyczasie mąż mój wykonał telefon do swojego męża formalnego:
-Kochanie masz dziś dzień dla siebie, odpocznij ode mnie tylko nie zapomnij naprawić oświetlenia w sypialni, skrócić rurek metalowych, przyciąć szafki i przykręcić śrubek, będę późno pa!
Ja: śmiech:) -mogłaś mu jeszcze powiedzieć, żeby po zakupy nasze przyjechał
-oj tam oj tam do torebki zmieścimy, po ośmiu latach małżeństwa już takie prośby nie przechodzą, zdenerwuje się i będzie marudził
Ja: yhy już to widzę jak to zmieścimy. Pamiętaj że dziś dzień rodzinny oprócz nas będą tam sami małżonkowie i geje więc na piękne oczy i nie tylko, mężczyzny nie wyrwę i ewentualnej pomocy transportowej do domu nie załatwię;)
-eee no nie przesadzaj jakoś to upchamy w torebkę, żeby nie było widać i pojedziemy z Ikea do teatru
Komunikacją miejską szczęśliwie, choć drogą wyboistą, dotarłyśmy do celu. Przemierzałyśmy sklep zgodnie, z uśmiechem szerokim na twarzy, wokół oczywiście same pary, w tym 90% z dziećmi, reszta w ciąży lub wieku nieprodukcyjnym i geje sztuk 4 tzn. 2 plus 2. Panowie zwykle z miną nietęgą znudzeni podpierali wózki lub gonili za swoimi pociechami, panie zajmowały się zakupowym szałem. Jedynie my wylozowane niepokrzywdzając siebie nawzajem i poświęcając sobie należytą uwagę wyznaczonym ikeowskim szlakiem podążałyśmy. Ewentualnie czasem znudzonym panom uśmiech posyłałyśmy-w końcu ten drobny gest skutecznie zaraża i błyskawicznie nastrój poprawia. Panowie również gdy małżonki nie widziały, sami uśmiechy nam słali:):):) Przerwa na obiad też się odbyła, choć ja aż sałatę z pomidorem zjadłam, bo nic innego made in fast food Ikea crohnowi nie pasowało, a po co go drażnić jak fochów na zakupach raczył tym razem nie odstawiać. Po wspomnianej przerwie udałyśmy się na dalsze zakupy, zauważając że torba pełna, a przedmiotów z listy brak. Cóż zdarza się to kobietom lecz skoro mąż mojego męża nie widzi i tego faktu nie jest świadom-hulaj dusza piekła nieba;) Ja choć męża nie posiadam w domu, jestem zwykle posądzana o współudział w spisku zakupowym i muszę się nagimnastykować co by małżeństwo przyjaciół w tej kwestii żyło w zgodzie;)
Zbliżając się ku końcowi zakupowej trasy stanął przed nami wielki metalowy kosz z pokrywką-jak pisało na metce (w naszej interpretacji wiadro). Owo wiadro idealnie pasowało dla mojego męża do kuchni, aby stało za jej kuchennymi drzwiami i pomieściło wór kociego jedzenia. Cena rozsądna, gorzej było z godziną co by zakupy do domu zawieźć i zdążyć do teatru....
-co ja mam robić K. się wścieknie i nie przyjedzie po zakupy...Daj jeszcze metr, musimy zmierzyć czy za drzwi wejdzie
Mierzymy.
-chyba wejdzie, myślisz że wejdzie?
Ja:-eee chyba Ci wejdzie, no chyba hmmm....
-eee jak nie wejdzie to najwyżej nie będzie za drzwiami stało z kocim żarciem tylko gdzieś się je upcha. Ładne jest :) Dobra dzwonie po K., raz kozie śmierć
Ja: to zacznij rozmowę miłym głosem od słowa cześć żabciu, później mów, że dzwonisz powiedzieć, że kochasz, bo jeszcze dziś mu tego nie mówiłaś, wiesz rób grunt pod transport
-będzie wiedział, że to Twoja szkoła
Ja: oj tam nieważne, że moja, ważne że skuteczna;) dzwoń z wiadrem do teatru nie pójdziemy
-no nie pójdziemy, dobra dzwonię:)
Rozmowa według mojego instruktarzu się odbywa tzn. stoję i podpowiadam głośno co dalej mówić. Druga strona kupiona, rozbawiona, choć wie, że kombinacje jakąś zaraz usłyszy, sukces jest i tak po naszej stronie. Tzn. byłby, bo zostało nam oznajmione że gdybyśmy zadzwoniły wcześniej to przyjechałby po zakupy, a teraz zonk już piwo wypił. Małżonka męża trochę po tym komunikacie ton do niego zaczęła zmieniać, po czym się drę na sklep cały aby przy słodkim i miłym została, bo trzeba robić grunt na następny grzech na sumieniu, gdy jednak mężczyzna okaże się niezastąpionym ratunkiem. Moja metoda przesadnej męskiej adoracji w sytaucjach kryzysowych działa świetnie, nawet na tych co dobrze ją znają. Wszak być zaradnym oznacza też umiejętnie i skutecznie czasem poprosić o pomoc innych. Żeby nie było: o wykorzystywaniu nie ma tu mowy, bo przecież ja też swoimi umijętnościami służę i innym pomagam;)
Spojrzałyśmy po sobie, mówię:
Ja: no dobra ale wiesz, że wracasz sama tramwajem do domu, bo na taryfy nas już nie stać, a pora po teatrze będzie taka, że jak z Tobą pojadę to już się do domu komunikacją nie dostanę
-a nie możesz spać u mnie i rano wrócić?
Ja: -nie mogę
Błagalny wzrok następuje.
Ja: no dobra mogę.....
-ale co w teatrze powiemy, bo głupio tak z wiadrem przyjść i z zakupami, chociaż jak dobrze je spakujemy to część do wiadra upchamy i może w jedną dużą ikeowską torbę się zmieszczą...
Ja: jak co powiemy, głośno podkreślę dramaturgię sytuacji, że mąż nam się upił i nie miałyśmy innego wyjścia
W tym momencie nastąpił gigantyczny pięciominutowy atak śmiechu prowadzący do łez. Po częściowym opanowaniu ataku, sprawdziłyśmy stan makijażu czy nie przeszedł ze łzami w płynną formę i kontunuowałyśmy rozmowę:
Ja: a wiesz co w tym wszystkim najgorsze? że jak miesiąc temu znajomy mnie spytał, w co się ubrać do teatru, to z nim nie poszłam bo się bałam, że wstyd przyniesie ..... taaa a sama z wiadrem tam wkroczę .... -gwoli wyjaśnienia wiadro dość potężnych było rozmiarów i absolutnie w torbę by się nie zmieściło
Ponowny atak śmiechu nastąpił, bo grunt to umieć śmiać się z samego siebie;)
Do teatru dojechałyśmy z przesiadką autobusowo-tramwajową. Moja historia przy odbieraniu biletów, o mężu alkoholiku się sprzedała i obsługa w oddźwięku pozytywnym ubaw z nas miała:
Ja: Dobry wieczór, bo ja na wstępie chciałam przeprosić za nasz dzisiejszy brak wychowania i gabaryty ze sobą przyniesione, ponieważ wydarzyła się historia straszna-mąż nam się upił i zamiast być pod Ikea, wystawił:( a my w związku z tym, że przedstawienia Waszego teatru ubóstwiamy i żadnego opuścić nie możemy-proszę o bilety na nazwisko S.-to tak jak mówiłam, musiałyśmy w tym przypadku przyjechać "ekstremalnie" mimo wszystko.-Pani rozbawion, wyjaśniła gdzie te gabaryty zostawić co by nie ukradli.
Może niektórzy widzowie na nas trochę dziwnie spoglądali, ale co tam-warto się z wiadrem było wybrać do teatru;)
P.S. Oprócz wiadra miałyśmy jeszcze papierową torbę zakupów rozmiaru xxl;)
Dzień siakiś taki, że w powietrzu coś wisi, wszyscy narzekający, obolali, niezadowoleni począwszy od świata rzeczywistego na fejsubukowym koncząć, jakby nic śmieszengo w powietrzu nie było. Hmmm łot de fak???Też energią nie tryskam ale staram się bronić przed melancholią...
Rozmawiałam przez fona ze starym (zrozum: eks małżonem). Rozmowa na luzie, taka poważna gadka-szmatka. Love story dawno zakończone, znamy się jak łyse konie, więc flirt i sztuczne dobre wrażenie miejsca podczas rozmów nie mają, a z tematu "kłotnia" wyrośliśmy;)
Stary: muszę już kończyć, bo głodny się robię, a jak z Tobą rozmawiam to nie mam jak sobie czego wziąć, bo rękę mam zajętą
Ja: yyyyy????-tu mi się lampka zapala, że co, że jak to (do mlaskania swojego przez telefon przywykliśmy)???? i patrząc na siebie i wokół, olśnienia dostaję-chwileczkę mój drogi, ja podczas naszej rozmowy zdążyłam dokończyć mycie garów, obrać i pokroić marchewkę, obrać i pokroić jabłka na bieżąco przy tym sprzątając kuchnie, wyciągnąć i złożyć sokowirówkę i jeszcze pare jak to się "pierdół" określa natworzyć. Ręce zajęte mam obie, żadnej wpadki nie zaliczyłam ( w sensie rozlałam, wylałam lub inną krzywdę sobie lub komuś zrobiłam) i jeszcze logicznie z Tobą rozmowę prowadzę, a Ty nie umiesz do lodówki poczłapać i coś z niej wyciągnąć???
Stary: bo ręce mi przy tym potrzebne
Ja: yhmm ale ja rąk obu używam, nawet karkołomne wyczyniam swawole-skłony, pochyły, przechyły etcetera, a telefon patentowo na ramieniu uchem trzymam, da się przecież pogodzić to wszystko
Stary: ale Ty kobietą jesteś
Ja: ano tak:)
I tym oto sposobem, po latach znajomości 10, choć były mężczyzną jest naprawdę inteligentnym i zaradnym, ubaw z konstrukcji mózgu męskiego miałam niezły;)
Mam dobór albo raczej naddobór kwasów żałądkowych. Niech te moje gadziny mają jeszcze jakiekolwiek zachcianki, już ja im pokażę wtedy! Pytam o rady wujaszka G. jak tu się pozbyć zgagi, bo w klatce czuję ból zawałowy, który aż do ust się unosi i niemiłosiernie pali. Wujas mówi abym orzechówki się napiła (ale go pogrzało!) albo różne ziółka poleca z czego siemie pije codziennie, a reszty w domu nie posiadam lub z doświadczenia wiem, czym wypicie grozi. Pewnie czas będzie niedługo rurę mi wsadzić i zobaczyć co jest na rzeczy, gdyż co podleczę to chwila moment i monotematycznie to samo. Nudne to chorowanie ogólnie, tylko człowieka wkurza i wkurza...
Mam kolejny poważny niedobór-niedobór kapusty kiszonej:) musiałam ją pilnie wczoraj zakupić w ilości kila pół, zjeść na kolację i właśnie pałaszować do obiadu. Choć moje chłopaki najchętniej chcieliby, abym żyła powietrzem, czy jak kto woli energią z kosmosu, to mają czasem takie zrywy, że dostaje na jakiś produkt amoku. Niedobór wyreguleją, a później znowu nie raczą przyswajać. Chyba ich zacznę o homoseksualizm podejrzewać, bo humory mają i zachcianki gorsze niż baba i łłłooooo matłko błosko w głowie właśnie traumatyczną prawdę odkryłam-lubią "w kakao" i "w usta"(fuck!)
Sama przez się w tym momencie się zdemotywowałam do dalszego pisania notki, a miałobyć mądrze o diecie... B)
Jak nie wiem z co ręce włożyć to zaczynam od zrobienia sobie kawy i zapalenia truciciela płuc (forma złagodzenia stresu i poukładnia sobie przy głebszych wdechach i wydechach planu wieczoru). A w związku z tym, że przecież kawy nie będę pić na szybciora na stojąco, to zasiadam do lapsa. Wszelkie info z fejsa przeczytane, stosowne komentarze dodane, czas więc zająć się blogiem, wszak nie pracą lub innymi obowiązkami, bo w końcu to mój czas przerwy;).
Ząb-jakby to najlepiej ująć, żeby wprowadzić was w stan empatii....???
Ból, czyli wg wikisłownika to medycznie przykre, nieprzyjemne wrażenie fizyczne oraz przykre, nieprzyjemne wrażenie psychiczne. Właśnie takie wrażenie odnoszę na własnym, osobistym zębie. Z tego również powodu popadam w dniu dzisiejszym w depresję, mając przed sobą wizję pożegnania się z moim złamanym zębem na zawsze. Ów ząb zepsół mi również moje dzisiejsze plany wyluzowanego babskiego wieczoru z koleżanką w naszą pierwszą rocznicę poznania. Normalnie by go diabli wzieli, albo jednak cofam-nie wzieli, bo do swojego uzębienia przywiązana jestem i stracić go nie chce. Wizja protezy tuż przed trzydziestką optymizmem mnie nie napawa. Jednego zęba już przez crohno-gado-pasożyta straciłam! Tak drodzy państwo celem informacji, chore flaki przyczyną psucia się i utraty zębów.Paranoja!Bo proszę sobie wyobraźić, że o to staje przed państwem śliczna, długowłosa brunetka, średniego wzrostu, proporcjonalnych kształtów 75-60-85, o cudownych dużych niebieskich ślepiach, elagancko zadbana z uśmiechem nadzwyczaj sympatycznym i całokształtem wyrazu siebie niezwykle zalotnym, a na noc owa piękność zęby do szklanki wyjmuje.... i w tym momencie mej opowieści czar prysł;)
Tak więc podsumowując: kolejnego zęba bez walki nie oddam!
Dzwoni dzwonek do drzwi intensywnie. Otwieram-patrzę nikogo nie ma. Widzę u sąsiadów obok drzwi na oścież pootwierane więc coś jest na rzeczy i raczej to nie ksiądz po raz drugi z kolędą wędruje. Uchylam więc wrota i czekam cierpliwie na rozwój wydarzeń. Nagle kominiarz bez grzecznościowego słowa przywitania, tratując mnie po drodze, do łazienki mej wkracza-myślę prawdziwy? za guzik się łapać? kartki nie było lecz skoro u sąsiadów kolejnych nadal drzwi wyczekująco otwarte to chyba nie gwałciciel, a jednak prawdziwy tylko nie najlepiej wychowany spec od kominów. Ów pan nagle dźwięk z siebie krzykliwy wydobył:
-Otworzy Pani okno!
-Heee????-ok niech mu będzie, w domu czysto więc raczej nie śmierdzi, w łazience wpadko-zapachowej bomby nie ma, więc z racji swej płci niekoniecznie w rzeczach technicznych zorientowanej, pytam w głowie o co kaman????
Z prędkością conajmniej stu na godzinę z mojej łazienki do okna w pokoju przeleciał kominiarz i nim słowo w szoku zdołałam wydobyć, klamki w oknach już miałam ruszone oraz ponownie tonem nieuprzejmym oznajmione:
-Zaczadzić się tu można! Tak mają być okna!
-Ale, że co, że jak? co ja mam zrobić, jak temu zaradzić?
-Nic się nie da takie mieszkanie, okna zbyt szczelne, kominy są drożne, nie zamykać się w łazience i okien nie zamykać! Tu podpisać-dalej powinno paść słowo "do widzenia" ale nie padło, a po panu co szczęście według przesądów przynosi śladu nie było...
To masz ci babo placek...ledwo co paranoje przezwyciężyłam, że żyć się jednak da z piecykiem pod jednym dachem, a tu taki cios. Szczęścia w nieszczęsciu tyle, że się nie zaczadziłam, gdyż mieszkanie nadzwyczaj ciepłe, do tego mi się zdarzy od czasu do czasu szluga w nim pociągnąć (nie codzień zaznaczam ale w przypadku ataku przedmiesiączkowego zespołu samozagłady na nerwa uspokojenie zgubny nałóg dobrze robi) i z tej reguły zawsze któreś okno choćby mikrowentylację zrobioną mimo zimy stale przypadkowo miało. W świeżym powietrzu też się lubuję więc po nocy, przed nocą i w ciągu dnia wietrzę ale co z tego jak gorące i długie kocham odbywać kąpiele.A tu strach teraz z szybkiego skorzystać prysznica. Paranoja mnie ogarnęła więc znajomym się żalę nim w wariatkowie z powodu schizy piecykowej wyląduje, że źle, nie dobrze i myć się nie będę...Po dłuższym namyśle strajku śmierdzącego jednak przeciw używaniu piecyka nie podjęłam i z sercem w gardle wciąż o higienę dbam należycie. Czujnika czadu jeszcze nie nabyłam, bo mimo paranoji wielkiej, czasu na znalezienie go w sklepie nie posiadałam a z allegro tłumaczyłam sobie przecież zanim przyjdzie kilka dni minie (nie żeby paranoja w stopniu wielkim już przeszło trzeci tydzień od wizyty kominiarza trwała). Cóż kobieta singielka pracująca chora i jeszcze takie tam inne macierzyńskie obowiązki posiadająca, ma prawo nie mieć czasu na kupno czujnika:-/
Wczoraj się kąpie, właściwie prysznic długi biorę. Drzwi do łazienki trzymam otwarte, okna w pokoju rozszczelnione, woda ciepła na mnie leci aż tu nagle pod koniec zabiegów mycia samiuśki, woda zimna popłynęła. Nie myśląc więc długo, czerwona lampka mi się w głowie zapaliła, wodę zakręciłam, ręcznik na siebie, bo w głwoie myśle jedna, że może wbudowany w piecyk czujnik zadziałał i gaz wyłączył, ponieważ za duże stężenie już w pomieszczeniu było lub miała miejsce cofka. W ręczniku samym do okna podleciałam oddychać świeżym powietrzem profilaktycznie gdybym jednak bezwonnego czadu się nawdychała. Paranoje mam straszną, bo życie mi miłe, jak tak dalej pójdzie kąpieli na morsa zażywać będę...
Głośno się do tego nie przyznają ludzie ale myślę, że wiekszość miała kiedyś w swoim życiu na sobie cudze majtki. Nie mam na myśli żadnych zboczeń ale zwyczajne sytuacje kryzysowe, gdy zdażyło nam się nie mieć ze sobą bielizny zapasowej, ani możliwości szybkiego przeprania i wysuczenia tej, którą mamy na sobie podczas gdy wymagała ona zmiany. OK przyznaję się otwarcie miałam na sobie majtki przyjaciółki, bo mimo wszystko dla mnie osbiście lepsze wyprane cudze niż używanie drugą dobę tych samych, gdy nie ma innej alternatywy. Przyznaję się- też pożyczałam kiedyś swoje osobiste majtki przyjaciółkom i gdy zajdzie taka potrzeba pewnie znowu to zrobię. Poza tym jak wiadomo, bo to już nie temat tabu, kobiety pożyczają sobie ubrania. Ja robię to od podstawówki i w sumie do dziś bardzo lubię ten system, zresztą tak z 1/3 mojej szafy jest nie moja i podlega stałym wędrówkom;) Dzisiaj okazało się, że moje "wędrujące" leginsy przez ileś ostatnich dni robiły za męskie kalesony.A stało sie to tak: Pewna kochająca żona, kazała swojemu ukochanemu mężowi nosić moje leginsy, co by nie marzł w tą panującą ostatnimi czasy epokę lodowcową. Mąż kochającej żony, kalesonów własnych nie posiadał, gdyż jak stwierdził czasy mamy takie, że po mału Mikołaj przestaje przynosić kalesony, tudzież inne praktyczne rzeczy jak ciepłe skarpetki, rękawiczki, podkoszulki. Mąż owej żony jest drobny więc w leginsy moje się wcisnął i dumę męską w kieszeń schował, w końcu kto się domyśli co przystojny mężczyzna może mieć ubrane pod spodniami albo i czego mieć nie może. Nieważne, że trochę ciasno i z powodu ciasnoty leginsokalesony spadają, ważne że ciepło i za taką postawę męża owego się chwali. Niekontrolowane wybuchy śmiechu będą teraz grozić mojej osobie, bo jak znam siebie to spoglądając na różne ciacha w przestrzeni miejskiej, wyobraźnia może mi płatać figle. Ktoś mi kiedyś mówił-jak spodoba Ci się mężczyzna, a nie możesz się w nim z jakiś wzgledów zakochać, wyobraź sobie, że ma on sraczkę, wielką gigantyczną sraczkę i efekt wyidealizowanej postaci męskiej znika jak ręką odjął;) Choć z drugiej strony to nie najlepszy przykład odkochania się dla crohnowca, który sam ma wiecznie toaletowy problem ale na tych co mają podejście do siebie z przymrużeniem oka, działa :) Ja dorzucę do tego jeszcze teraz w porze zimowej leginsokalesony i żaden przemądrzały przystojniak mi nie straszny, ot co! Na koniec apel: Drogie Panie wiadomo mężczyzna jest tylko mężczyzną (nie uwłaszczając nikomu) i sam nie pomyśli co by się w takie cuda jak kalesony zaopatrzyć zwłaszcza mając żonę, tak więc proponuję powrócić do starozwyczajowych mikołajowych prezentów i nie dopuszczać tym sposobem gdy sroga zima nastanie, do wyżej wymienionych sytuacji;)
"Nie przejmuj się tym co ludzie o Tobie myślą, oni za ciebie życia nie przeżyją"
Moje motto ostatnich dni, choć już dawno mam to głęboko w czterech literach, kto jak o mnie myśli i się wyraża. Zresztą sama jak na takich opiniowiczów trafiam, chętnie podkręcam sytuacje i plotki na mój temat;)Trochę złośliwiec ze mnie, ale w sumie czy to złośliwe-skoro ktoś nie ma co robić w życiu i żyje plotkami oraz nieinteligentną wybujałą fantazją, że mu przysparzam powodów do jego ulubionego zajęcia ;p
Po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo jestem ważna dla niektórych osób, że mnie cenią, szanują i po prostu najzwyczajniej w świecie powiem nieskromnie uwielbiają:)Reszta co gada i wymyśla może mnie cmoknąć i pozazdrościć, że nie są mną :)
Jest poniedziałek 13, na dworze zimno, szaro, ogólnie tysiąc nakładających się problemów, a ja i tak się cieszę, cieszę się że żyję, że mam sprawne dwie nogi i ręce i widze jak piękny jest świat. Najgorszą przeciwność losu jestesmy w stanie pokonać, gdy mamy zdrowie, nawet gdy ono szwankuje możemy osiągnąć naprawdę wiele. Dziękuję każdego dnia losowi, że mam bezcennych przyjaciół, że dał mi tyle wspaniałych ludzi wokół:)
Gotowanie wody wydłuża się niemiłosiernie, gdy podczas tej czynności człowiek nie ma co robić i ślęczy nad czajnikiem. Zwykle umilam sobie ten czas, aby nie wywoływać niepotrzebnych stanów napięcia nerwowego, przygotowaniem czegoś do zjedzenia, sortowaniem naczyń itp itd. Dzisiaj gotowałam wodę w celu zrobienia sobie kawy oraz zalania nią siemienia lnianego. Z racji tego, iż kuchnie miałam w składzie i ładzie, śniadanie gotowe, a na wodę musiałam czekać, wziełam owe opakowanie siemienia do ręki i zaczełam czytać mądrości na nim zapisane. Generalnie dowiedziałam się, że siemie może wywołać wstrząs anafilaktyczny, w niektórych przypadkach może spowodować niedrożność jelit, ma ileś tam przeciwskazań i skutków ubocznych z dość poważnymi konsekwencjami. Do tego obniża wchłanialność leków-tu się wykazałam, że czasem blondynka jestem mimo naturalnej czerni na głowie-bo od jakiegoś czasu codziennie popijałam nim wszystkie moje prochy (a póżniej się dziwię, że elektrolity się nie wchłaniają, łapy mi drętwieją, skurcze chwytają etc), po prostu BRAWO JA!aaaa i z informacji podanych na opakowaniu wynika, że przedawkowuje ilość siemienia, co też jest niebezpieczne;)
Przyznam, że jakoś tak w panikę nie wpadłam z powodu wyczytanych informacji ale popijać prochy będę jednak znowu wodą lub pewnie w pośpiechu kawą jak to ja....
P.S.
Podobną historię miałam z rumiankiem, tzn pewien @$%$$^#% z crohnem, mówił że rumianek jest świetny i bardzo łagodzi stany zapalne żołądka. Po długim niedowierzaniu, dałam się namówić, aby nie rozpoczynać dnia od filiżanki kawy z mlekiem, tylko właśnie od wypicia rumianku na czczo. Nie miałam pojęcia jeszcze wtedy, że @#%$^& jest no właśnie jest ....(w miejscu kropek i innych znaków, proszę używać dowolnego synonimu wyrazu głupi w jego "łacińskiej" odmianie). Owszem rumianek ma świetne działanie przeciwzapalne u osób zdrowych, natomiast u osób chorych na crohna doprowadza do nasilenia stanów zapalnych żałądka i dwunastnicy. Osoby kompetentne poinformowały mnie niestety o tym, jak było już za późno ale faktycznie kilka dni po odstawieniu nieszkodliwego ziółka ( które według @@#$%%% napewno nie zaszkodzi, a może pomoże), przestałam gryźć sufit z powodu bólu brzucha.
Jak nie sraczka to urok:) Właśnie zaczynam się śmiać i oficjalnie ogłaszam, że więcej schorzeń, chorób i nieszczęść nie przyjmuje. Myślę pozytywnie!
Zaczęło się od drugiego tygodnia stycznia: nagle przy miłej pogawędce u znajomych przy herbatce-tak zwyczajnej herbatce, zaczęłam zmieniać barwy (żółta-zielona-biała), po czym nagle szybciej niż po red bullu dostałam skrzydeł i proszę państwa dooollleeeccciiiaaałłamm!Tak wielka żółta kałuża, trafiła niczym celny gol do bramki. Przy crohnie jak jest rzut, że tak to ujmę jednostronny, to się zawsze zastanawiam, którą stroną wolę wydalać i mimo kilku lat imprez, jakie urządzają mi moje chłopaki (Leśnio-góra, Crohn-dół), nie umiem wysnuć żadnych wniosków. Czasem chłopaki imprezują razem, pewnie jak mają jakieś mistrzostwa w sporcie, bo wtedy wiadomo większość mężczyzn świata integralnie świętuje. Przy czym gdy to ma miejsce, ja część doby podczas której nie śpię, spędzam z miską na kiblu. Gdy ktoś z dobroci serca zapyta wtedy jak się czuję, odpowiadam "jak przerźnięta ostro na dwa fronty prostytutka". Miny pytających bezcenne;)
Wracając do sedna, ale po babskiemu, czyli znowu na okrężkę;) Rok 2012 zaczął się od zapalenia żołądka i dwunastnicy, które co jakiś czas się u mnie odnawia z powodu przyjmowania dużej ilości niezbędnych do życia leków. Ogólnie dwa tygodnie wyjęte z życiorysu, ponad dwa tygodnie jedynie na sztucznym papu, czyli żywieniu tzw. dojelitowym z gorączką, nieziemskimi bólami brzucha jak również żółtymi torsjami. Po zakończeniu imprezy "na górze", przyszła kolej "na dół". Kojarzy mi się to z wierszem "Paweł i Gaweł"- Leśnio i Crohnson w jednym stali domu, Leśnio na górze, a Crohnson na dole...Crohnoson najdziksze wymyśłał swawole...znosi to Leśnio, aż w końcu nie może :)
"Z tej to powiastki morał w tym sposobie:jak ty komu, tak on tobie", czyli chłopaki się nie dogadały i w dalszej części nawzajem sobie się odwdzięczały! Tiaaa kolejny powód wspólnej imprezy, brzmiał "grzyb". Mój żałądek, jelita i przełyk pokryte zostały giga-mega wielkim grzybem. Na szczęście dzielny rycerz Fluconazole wkroczył do akcji i pokonał smoka-tzn. giga-mega wielkiego grzyba Kandyda.
Po grzybie zrozumiałam dlaczego mężczyźni umierają na katar, nabawiłam się tężyczki i złamał mi się ząb...
Myślę POZYTYWNIE :)